(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Witam na stronie internetowej o ciekawostkach, zagadkach
i tajemnicach dolnośląskiego miasta Milicza i jego okolicy!
W starożytności, dwie najważniejsze drogi
naszej planety nazywane były "szlakiem jedwabnym" oraz "szlakiem bursztynowym".
Szlak jedwabny był transkontynentalną drogą która łączyła kraje śródziemnomorskie
z Chinami. Natomiast szlak bursztynowy był transeuropejską drogą która łączyła
kraje śródziemnomorskie z wybrzeżem Bałtyku. Jedna z odnóg owej ogromnie ważnej
transeuropejskiej arterii komunikacyjnej prowadziła z Wrocławia do Milicza,
dalej zaś przez Gniezno do Gdańska oraz do wybrzeży Bałtyku. Bursztyn okazuje
się więc być ową dynamiczną substancją miasto-twórczą, której dzisiejszy Milicz
zawdzięcza swoje powstanie i ewolucję do obecnej postaci. W dawnych czasach
bursztyn stanowił wszakże ogromnie poszukiwany towar. Kupcy z południa Europy
i z Północnej Afryki wybierali się w okolice obecnego Gdańska aby go nabyć.
Przy tym droga którą wówczas podążali musiała być bardzo starannie dobrana.
Mianowicie, musiała ona przebiegać przez tereny relatywnie wolne od łupieżców
i wojowniczych plemion. Musiała też posiadać gościnną osadę ludzką co około
jeden dzień podróży wolnym zaprzęgiem konnym, tak aby kupcy ci mogli
bezpiecznie zatrzymać się tam na noc. Ową starannie dobraną, relatywnie
bezpieczną drogę, po której przemieszczały się wówczas karawany kupieckie
przewożące bursztyn, a także najróżniejsi długodystansowi podróżni, z czasem
nazwano bursztynowym szlakiem. Choć z biegiem czasu bursztyn stopniowo
utracił swoją rolę stymulatora handlu, pojawiły się wówczas nowe towary i nowe
polityczne powody, jakie zmuszały ludzi do podróżowania pomiędzy północą i
południem Europy. Pomimo więc, że upływało wiele wieków, "bursztynowy szlak"
pozostawał najważniejszą lądową arterią komunikacyjną Europy, przez którą
przemieszczały się całe masy ludzi i towarów. Ku ogromnemu szczęściu
mieszkańców Milicza, jedno z odgałęzień tej ogromnie ważnej i uczęszczanej
arterii przebiegało właśnie przez ich miasto. (Jednym z bardziej przekonywujących
dowodów że "bursztynowy szlak" faktycznie przebiegał kiedyś przez Milicz, jest
relatywnie częste znajdowanie w czasach mojej młodości zwietrzałych wyrobów
bursztynowych wywodzących się ze starożytności. Pamiętam że w drugiej klasie
szkoły podstawowej miałem kolegę, który przynosił do szkoły cały szereg starych
wyrobów ze zwietrzałego bursztynu, jakie prawdopodobnie liczyły ponad 1000 lat.
Bursztyn był w nich już bowiem tak zwietrzały, że stracił kolor, popękał,
oraz stał się kruchy. Domyślam się, że ktoś z jego rodziny zapewne odkrył
wówczas gdzieś w Miliczu jakiś starożytny "bursztynowy skarb" podobny do
tego znalezionego w dzielnicy Wrocław-Partynice, a omówionego na stronie
Wrocław
z "Menu 1".) Milicz w dawnych
czasach był położony bardzo dogodnie na owym szlaku bursztynowym. Oddalony
był bowiem od Wrocławia dokładnie o dwa dni wędrówki piechotą czy jazdy w
ciężkim wozie zaprzęgowym, lub o jeden dzień jazdy wierzchem lub szybką karetą
wielokonną. W Miliczu zatrzymywały się więc na noc zarówno wolno-podróżujące,
bo obładowane towarami karawany kupieckie, jak i szybcy podróżni wierzchem
i w wielokonnych powozach. Stąd Milicz z czasem stał się rodzajem "miasta
hotelowego" na bursztynowym szlaku. Dostarczał on podróżnym wszelkich usług
hotelowych. Kupcy i przejezdni zatrzymywali się w nim na noc, odpoczywali,
jedli, pili, uprawiali hazard, odwiedzali miejscowe prostytutki, handlowali,
uzupełniali zapasy, naprawiali uszkodzone wyposażenie, grzebali swoich
zmarłych w drodze, zaś w czasach kiedy chrześcijaństwo upowszechniło się
w Europie - również modlili się w milickich kościołach o szczęśliwy przebieg
ich dalszej podróży. (Po szczegóły owych milickich usług kościelnych i
duchowych - patrz strona internetowa z "Menu 1" o kościele
Św. Andrzeja Boboli.)
* * *
Przytoczmy teraz kilka danych na temat Milicza.
Milicz jest małym miasteczkiem położonym na Dolnym
Śląsku, czyli w południowo-zachodnim kącie Polski. Jak stwierdza informacja wystawiona
w Izbie Regionalnej Milicza, Milicz jest bardzo starym miastem. Podobno na jego obecnym
obszarze ślady osadnictwa ludzkiego pojawiły się już 7 000 lat p.n.e., czyli jeszcze w czasach
przedhistorycznych. Pozostałości byłego grodziska piastowskiego z tamtego prehistorycznego
okresu, lokalnie zwanego "Chmielnik", zlokalizowane są na prawym brzegu rzeki Barycz,
pomiędzy Miliczem a dzisiejszą wsią Wszewilki, czyli niedaleko od obecnej ulicy Milicza
nazywanej "Krotoszyńska". Do rozmiarów sporego średniowiecznego miasta Milicz urósł
już do 1136 roku, kiedy to po raz pierwszy wymieniony został na piśmie jako miasto,
w tzw. "bulli dla arcybiskupa gnieźnieńskiego". Stanowił on wówczas ważny ośrodek
handlowy i rzemielśniczy. Był też siedzibą starej piastowskiej kasztelanii na
drodze z Wrocławia do Gniezna. Począwszy od XII wieku aż do połowy
XIV wieku był własnością kapituły wrocławskiej. Potem, aż do roku 1492 Milicz
znajdował się we władaniu książąt oleśnickich. Prawa miejskie Milicz otrzymał
w 1323 roku. W XIV wieku zbudowany został w Miliczu duży zamek warowny, którego
ruiny do dzisiaj ostały się w parku milickim. W 1339 roku Jan Luksemburski
opanował ten zamek podstępem. W 1432 roku miasto zdobyli husyci. W XVIII wieku
zamek warowny w Miliczu został spalony, aby nigdy nie być już odbudowanym. Do dnia
dzisiejszego po zamku tym zostały tylko ruiny które można oglądać w milickim parku
miejskim, a także niezliczone podziemne tunele, które dokładniej opisane zostaną
w kilku odrębnych punktach tekstu tej strony. W 1742 roku Milicz został włączony do
państwa Prus. W 1875 roku otrzymał połączenie kolejowe ze światem. W 1945 roku
został ponownie przyłączony do Polski. Obecnie jest kwitnącym miastem oraz celem
wizyt coraz liczniejszych wczasowiczów i turystów. Satelitarną fotografię dzisiejszego
Milicza można zobaczyć na następującej stronie internetowej
http://maps.google.com/maps?ll=51.551406,17.286901&spn=0.026010,0.058545&t=k&hl=en.
(Na fotografii tej zwróć uwagę na przebieg linii kolejowej biegnącej pionowo w pobliżu
lewej krawędzi fotografii, a także przebieg koryta rzeki Barycz biegnącej poziomo w
połowie wysokości tej fotografii. Odnotuj, że podobne zdjęcie satelitarne podmilickiej
wsi Wszewilki dostępne jest ze strony internetowej o
Wszewilkach.)
* * *
Dzisiejsza liczba ludności Milicza jest
trudna do oszacowania. Wszakże obecne granice administracyjne Milicza nie
pokrywają się z naturalnymi przerwami w osadnictwie ludzkim. W rezultacie, takie
przedmieścia Milicza jak Wszewilki, Sławoszewice, czy Karłów, administracyjnie
nie należą do Milicza, chociaż faktycznie dzisiaj stanowią z Miliczem jeden scalony
system miejski. Oczywiście w dawnych czasach były one zupełnie odrębnymi osadami.
Stąd dawne podliczenia zaludnienia Milicza są precyzyjniejsze. Zgodnie z książką
"Na Ziemi Ojców - Rocznik Ziem Zachodnich i Północnych" wydany w 1962 roku przez
Towarzystwo Rozwoju Ziem Zachodnich, w 1761 roku Milicz miał 719 mieszkańców,
w 1825 roku - 2207 mieszkańców, w 1914 roku - 3 374 mieszkańców, w 1936 roku -
4 816 mieszkańców, w 1945 roku, czyli natychmiast po wojnie - tylko 450 mieszkańców,
zaś w 1960 roku - 6 333 mieszkańców (w tym 3 450 do wieku 25 lat). W 1993 roku
Milicz liczył już 12 500 mieszkańców (dane z 6 tomowej "Nowej Encyklopedii
Powszechnej", PWN, 1998 rok). Niemniej są to
dane dla samego miasta Milicza, czyli do milickiej "starówki". Z kolei
cały ów milicki kompleks miejski, obejmujący również scalone z Miliczem
przedmieścia, w 2004 roku liczył zapewne około 30 000 mieszkańców.
Oczywiście w obecnej dobie komputerów, braku książek telefonicznych,
rozmywających się naturalnych granic pomiędzy osiedlami, oraz raptownych
migracji ludności, jest ogromnie trudno utrzymać dokładną rachubę ilu właściwie
ludzi mieszka w kompleksie Milicza. Wszakże najpierw należałoby dokładnie
zdefiniować, gdzie właściwie kończy się strefa bezpośrednich wpływów
miasta Milicza, co wcale nie jest takie łatwe.
* * *
Niniejsza strona stawia sobie
cel zaprezentowania opowieści i ciekawostek folklorystycznych o Miliczu,
a nie faktów naukowych o owym mieście. Praktycznie to
oznacza, że to co na niej zaprezentowane stara się tylko wiernie
oddać i zilustrować co różni ludzie opowiadali,
co twierdzili, czy w co wierzyli. (Wszakże np. w dawnych czasach nie było
telewizorów, stąd w długie zimowe wieczory ludzie zabawiali się najróżniejszymi
opowiadaniami. Ponadto, nawet kiedy strona ta powtarza to co komuś było
wiadome z całą pewnością, ciągle do owej informacji mogły wkraść się różne
błędy spowodowane niedoskonałością ludzkiej pamięci.) Strona ta NIE stara
się nawet dociekać czy udowadniać, na ile to co w niej powtórzone jest prawdą,
ani jaką wartość faktologiczną, historyczną, czy naukową to posiada. Ponadto,
sama natura prezentowanych tutaj informacji powoduje, że nawet jeśli któraś
z owych opowieści folklorystycznych zawiera wyłącznie historyczną prawdę,
w chwili obecnej prawdopodobnie nie jest
możliwe naukowe dowiedzenie jej absolutnej poprawności. Sprawę oceny poziomu
prawdy w zaprezentowanych poniżej opisach pozostawiam więc dyskresji czytelników.
* * *
Opracowana została specjalna strona, która
stawia sobie za cel internetowe koordynowanie
zwiedzania miasta Milicza i pobliskiej wsi
Wszewilki. Strona ta stara się informować
czytelników w jaki sposób, jakimi szlakami,
oraz w jakich terminach najlepiej zwiedzać
historyczne miejsca i ciekawostki miasta
Milicza oraz pobliskiej wsi Wszewilki.
W Menu strona ta występuje pod nazwą
"Wszewilki-Milicz"
(kliknij na jej nazwę aby ją sobie otworzyć).
Ponadto istnieje też już strona omawiająca
przyszłość Wszewilek i Milicza.
(Zauważ że można zobaczyć powiekszenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu wystarczy zwykle
kliknąć na tą fotografie. Ponadto wiekszość tzw. browserow ktore obecnie
są w użyciu, włączając w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji do swojego
własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją
zredukować lub powiększyć, a także gdzie ją można wydrukować za pomocą
posiadanego przez siebie software graficznego.)
Fot. 1: To zdjęcie zostało wykonane w lipcu 2004 roku
z wierzchołka wału przeciwpowodziowego dzisiejszej rzeki Barycz. Obiektyw fotografującego
aparatu skierowany był na północ. Zdjęcie pokazuje dzisiejszy wygląd prastarego
grodziska "Chmielnik" z którego wywodzi się dzisiejszy Milicz. Owo grodzisko, to
tamto koliste wyniesienie gruntu w samym środku zdjęcia, pod którym rosną dwa spore
drzewa, zaś na którym widać pracujących archeologów (jeden z nich w białej koszuli).
Zabudowania wioski widocznej poza grodziskiem na horyzoncie, to podmilicka wieś
Wszewilki.
Na prawym brzegu rzeki Barycz,
w miejscu w którym owa rzeka formowała kiedyś niemal pełną pętlę,
umiejscowiona jest siedziba prastarego grodziska z którego wyrósł
dzisiejszy Milicz. Grodzisko to dzisiaj popularnie nazywane
jest "Chmielnik". Najlepszy dojazd do niego jest drogą biegnącą
równolegle do rzeki Barycz, a zaczynającą się od dziejszej
ulicy Krotoszyńskiej. Grodzisko to znajduje się pomiędzy
rzeką Barycz, wsią
Wszewilki,
ulicą Milicza zwaną "Krotoszyńska", oraz torami kolejowymi
Milicz - Krotoszyn.
Informacja pisana jaką
widziałem w milickiej Izbie Regionalnej podaje, że ślady osadnictwa
znajdowane w obszarze dzisiejszego Milicza wykazują, iż osadnictwo
to istniało tutaj już jakieś 7000 lat p.n.e. Jeśli owa informacja
jest twardym faktem wywodzącym się z badań archeologicznych
i z datowania np. metodą węgla radioaktywnego, wówczas czyni
ona grodzisko Milickie faktycznie starsze od Biskupina, a
nawet od niektórych piramid egipskich.
W celu poznania więcej szczegółów
na temat prehistorii Milicza, warto jest odwiedzić milicką Izbę Regionalną
(czyli coś w rodzaju małego muzeum milickiego). Jest ona zlokalizowana w
najbliższym do miasta skrzydle pałacu Maltzanów, w ktorym w 2004 roku
mieścił się milicki "Zespół Szkół Przyrodniczych". Owa Izba Regionalna
opisana została w punkcie #9 poniżej.
#2. Przed-chrześcijańskie wierzenia na Ziemi Milickiej, czyli
bóg Piorun (Władca Milicza):
Zanim chrześcijaństwo przyszło do Milicza,
miejscowi Słowianie wierzyli w cały szereg bóstw pogańskich. Najważniejszym z
nich był bóg Piorun ("Władca Milicza"), czyli wzbudzający strach lokalny bożek
któremu składano ofiary. (Prawdopodobnie prawzorem dla niego był jakiś upadły
moralnie UFOnauta, który zasmakował w ukazywaniu się prymitywnym ludziom
i w ich straszeniu.) Bożka tego, wyrzeźbionego w pojedyńczym kawałku dębu i
zachowanego do dzisiaj, zobaczyć można we wspomnianej wyżej milickiej Izbie
Regionalnej. Jego zdjęcie pokazano na fotografii 2. Fakt użycia drzewa dębowego
dla wykonania rzeźby tego bożka, sugeruje że ów "Władca Milicza" najprawdopodobniej
był dawnym słowiańskim bogiem zwanym "Piorun" (ten od popularnego powiedzenia
ciągle używanego nawet obecnie na obszarze poznańskiego: "idź do Pieruna").
Fot. 2: Jest to fotografia bożka pogańskiego, który w milickiej
"Izbie Regionalnej" wystawiony jest pod nazwą "Władcy Milicza". Niewiele
obecnie wiadomo na jego temat, poza faktem że był on kiedyś przedmiotem
pogańskiego kultu w pobliżu dzisiejszego Milicza.
Ja osobiście posądzam, że reprezentuje on słowiańskiego bożka zwanego
"Piorun", oraz że w czasach pogańskich oryginalnie umieszczony on był
pod prastarym dębem zlokalizowanym w miejscu pogańskiego kultu kiedyś
uprawianego na obszarze byłego cmentarza z Wszewilek (cmentarz ten i
uprawiany na nim kult bożka "Pioruna" omawiane są w punktach #3 i #8 na
stronie internetowej o wsi
Wszewilki.
Przesłanka do owego posądzenia, że prawdopodobnie jest to właśnie
bóg "Piorun" z obszaru kultowego we Wszewilkach, jest po pierwsze
fakt, że figura ta wyrzeźbiona została z jednego kawałka drzewa dębowego,
w skali 1:1 (czyli ma wielkość dorosłego człowieka). Dąb zaś dla starożytnych
Słowian był właśnie świętym drzewem "zarezerwowanym" dla kultu boga Pioruna.
Z kolei przesłanka, że bożek ten najprawdopodobniej pochodził z miejsca
kultowego we Wszewilkach, jest fakt że w bliskim zasięgu od Milicza, poza
Wszewilkami nie znajdowało się żadne inne miejsce poświęcone temu bożkowi.
Warto tutaj dodać, że w czasach sporządzania niniejszego opisu nie dokonano
jeszcze datowania tej rzeźby metodą węgla radioaktywnego. Niemniej po stopniu
jej zestarzenia się można się domyślić że liczy ona ponad 2000 lat. To zaś
zgadzałoby się z przybliżonym datowaniem owego miejsca kultowego, dokonanym
w punkcie #3 na stronie o
Wszewilkach.
Fot. 3: Ruiny milickiego zamku warownego. Można je zobaczyć
w dzisiejszym parku milickim, niedaleko od obecnego Zespołu Szkół Przyrodniczych.
W latach 1960 do 1964, kiedy to ja uczęszczałem
do Liceum Ogólnokształcącego w Miliczu, powyższe ruiny warownego zamku milickiego ciągle znajdowały
się w relatywnie dobrym stanie. Co więc odważniejsi z moich kolegów mogli buszować po
komnatach, ukrytych przejściach i podziemiach tego zamczyska. Szczególnie podniecający
był wówczas fakt, że w ruinach owego zamku ciągle wtedy dostępne było wejście do
podziemnych tuneli i lochów, które prowadziły od owego zamku aż w kilku odmiennych
kierunkach. Z kolei w lochach tych, zgodnie z licznymi opowieściami, miały być zamurowane
pradawne skarby. Lochy te dosyć dokładnie egzaminował Zbyszek - słynny tropiciel
tajemnic, oraz mój kolega licealny ze starszej klasy i sąsiad z tej samej wioski Wszewilki.
Jak być może niektórzy starsi mieszkańcy Milicza ciągle pamiętają, Zbyszek odkrył
w tych tunelach jakiś skład starych broni oraz zbroi rycerskich,
po których przybraniu straszył spacerowiczów w parku. W końcu ubranego
w pełną zbroję rycerską i dźwigającego ciężki miecz milicja zdołała pochwycić i
przemaszerowała przez całe miasto zanim na posterunku zdołała go przekonać aby zaniechał
dalszego straszenia ludzi. Z tego co o tunelach i lochach podmilickich mówiło się w czasach
mojej nauki w liceum, to jeden taki tunel wiódł z milickiego zamku warownego do palacu
margrabiów Maltzan'ów, potem zaś do grobowca margrabiego. Inny tunel wiódł do podziemi
ratusza milickiego oraz do kilku piwnic w starówce samego Milicza. Jeszcze inny wiódł
pod Baryczą aż do Stawca, gdzie wychodził na powierzchnię przy tamtejszych źródłach
wody pitnej dla pałacu margrabiego. Ów tunel do Stawca łączył się też z tunelem od
zamku Sapiechów w Cieszkowie, zaś wychodził na powierzchnię w lasach przycieszkowskich
(patrz fotografia 5a). Jego część z pobliża Cieszkowa została odgrodzona murem
od reszty i wykorzystywana była przed drugą wojną światową jako dojrzewalnia
gorzałek i wina. W chwili obecnej wylot z tego tunelu służy jako schronienie
dla nietoperzy (pokazany on jest na fotce 5a z niniejszej strony internetowej).
W drugiej połowie 14-go wieku, książęta Oleśniccy
wznieśli w Miliczu zamek warowny. Był on budowany w stylu gotyckim. Otaczała go fosa i
gruby mur obronny. W jego środku znajdował się owalny dziedziniec ze studnią. Zamek ten
został spalony w czasie wojen husyckich. W 16 wieku został on odbudowany, jednak tym razem
z ornamentyką renesansową. W 1797 roku zamek ten częściowo spłonął ponownie. W następstwie
tego pożaru, jego ówcześni właściciele, rodzina Maltzanów, zniechęcona nieustannymi pożarami
i koniecznością odbudowy, zamiast go ponownie odbudowywać, zbudowała w jego pobliżu
odrębny pałac który istnieje do dzisiaj - patrz fotografia 8. Natomiast zamek stopniowo popadł
w ruinę. Szczególnie szybko degenerował się on po drugiej
wojnie światowej. Pamiętam bowiem z czasów swojego dzieciństwa (tj. z lat 1950-tych), że jego
ruiny były w nieporównanie lepszym stanie niż znajdują się one dzisiaj.
#4. Średniowieczne
studnie zamkowe – sekretne drzwi do wolności:
Dawne zamki warowne miały to do siebie,
że w na wypadek oblężenia budowały one liczne podziemne tunele i lochy,
z których wyjścia znajdowały się ukryte w lasach wiele kilometrów od danego
zamku. Warowny zamek milicki wcale nie był wyjątkiem w tym względzie. W różnych
kierunkach świata prowadziły od niego liczne tunele podziemne. Sporo z tych
tuneli ciągle znajdowało się w stanie używalności już po drugiej wojnie światowej.
Pamietam, że sporo moich kolegów szkolnych poszukiwało w nich skarbów.
W średniowiecznych czasach wejście
do tuneli podziemnych zwykle ukryte było w studni jaka standardowo znajdowała
się na dziedzińcu zamkowym. Nawet do dzisiaj wiele studni zamkowych posiada
owe wejścia do podziemnych tuneli. Przykładowo, wejścia takie znajdują się w
studniach na: (1) zamku wysokim w Malborku (tej z rzeźbą pelikana), (2) zamku
w Otmuchowie na południe od Wrocławia (od owej studni zamku w Otmuchowie
tunele biegną aż do twierdzy w Kłodzku), a także (3) zamku w Gniewie - patrz
fotka 4. Faktycznie też ruiny zamku warownego w Miliczu także posiadały na
dziedzińcu taką studnię z wejściem do lochów. Resztki tej studni ciągle
istniały w czasach kiedy ja uczęszczałem do szkoły podstawowej.
Jeden z bardziej znanych z tych
tuneli podziemnych wychodzących od zamku warownego w Miliczu miał wylot w
lasach niedaleko Cieszkowa. Wylot ten pokazano na zdjęciu 5a poniżej.
Fot. 4: Studnia zamkowa z pokrzyżackiego zamku Gniew z Północnej Polski.
Fotografia wykonana w lipcu 2004 roku. Osoba sfotografowana to ja (dr Jan Pająk).
Patrząc do owej studni z miejsca z którego ja do niej zaglądam, wyraźnie widać w
niej wejście do lochów i podziemi zamkowych. Z kolei owe lochy zawsze posiadały
conajmniej jedno wyjście położone w lasach daleko poza obrębem murów zamku.
Ciekawostką lochów które zaczynają się w
powyższej studni zamku w Gniewie, jest że w lochach tych zginęło całe mnóstwo
zamurowanych w nich lub więzionych skazańców. Jak stwierdza miejscowa fama,
duchy niektórych z tych więźniów pokutują w owym zamku do dzisiaj.
Duchy te stanowią nawet atrakcję turystyczną owego zamku. Właśnie jako taka
miejscowa atrakcja, owe gniewskie duchy zostały zaprezentowane w artykule [LOT-1]
"Castle holidays - wakacje z zamkami", opublikowanym na stronach 64 do 72
dwujęzycznego miesięcznika pokładowego Polskich Linii Lotniczych LOT SA,
"Kaleidoscope", vol. 69 nr 7, wydanie z lipca/July 2004 roku (adres redakcji:
Wydawnictwo Business Press, Al. Jerozolimskie 125 A, 02-017 Warszawa, Poland).
Fot. 5(a): Wylot ze starego tunelu podziemnego, ukryty w lesie
niedaleko Cieszkowa. Dla oddania jego wielkości, przy wyjściu z niego stoję ja (dr Jan
Pająk) oraz moja żona. Dawni ludzie opowiadali, że tunel ten oryginalnie łączył się z
warownym zamkiem w Miliczu. Jednak przed druga wojną światową jego końcową część oddzielono
murem od reszty, wykorzystując ją jako dojrzewalnię alkoholi dla miejscowej gorzelni
z Cieszkowa. W chwili obecnej tunel ten ustanowiony został jako rezerwat nietoperzy.
Wejście do niego pozostaje trwale zamknięte i niedostępne dla publiczności.
Fot. 5(b): Wygląd typowego podziemnego tunelu z okresu średniowiecza.
Powyższy tunel dostępny jest dla zwiedzająych w Kłodzku. Wejścia do niego znajdują się
przy kłodzkim ratuszu oraz pod twierdzą kłodzką. Jest on dobrze oświetlony, zabezpieczony
przed zabłądzeniem, oraz pełen średniowiecznych eksponatów, warty więc zobaczenia -
gorąco zachęcam. Cały labirynt średniowiecznych tuneli bardzo podobnych do powyższego
znajduje się również pod Miliczem. Tyle że mało kto wie o ich istnieniu. Być może warto
rozważyć udostępnienie ich dla zwiedzających, podobnie jak to uczyniło Kłodzko.
Wszakże dostarczyłoby to Miliczowi
dodatkowej atrakcji, nie wspominając
już o źródle zarobku i utrzymania dla
całego szeregu ludzi.
Fot. 5(c): Resztki szkieletu
skazańca uwięzionego w celi tunelu w
Kłodzku. Podziemne tunele z okresu
średniowiecza często służyły również
jako więzienia w których zakuwano
skazańców na zawsze. Do skazańców
tych nikt potem już nie zaglądał, tak że
po prostu umierali tam z głodu, braku
wody i światła. Podobne średniowieczne
podziemne cele więzienne znajdują się
w tunelach pod Miliczem.
Dla zwykłego przechodnia z ulicy,
miasteczko Milicz niczym się nie wyróżnia. Tymczasem gdyby ziemia stała
się przeźroczysta, zapewne wszystkim zatkało by oddech. Pod Miliczem
kryje się bowiem jeszcze jedno tajemnicze miasto, mające formę całego
labiryntu podziemnych tuneli. Jak każde średniowieczne miasto, Milicz
miał cały system tuneli kryjących się w jego podziemiach. Tunele te
były też naprawiane i utrzymywane w stanie używalności aż do zakończenia
drugiej wojny światowej. Dopiero po drugiej wojnie światowej ludzie
stopniowo o tunelach tych niemal całkowicie zapomnieli. Dlatego do dzisiaj
zapewne popadły one w całkowitą ruinę.
Labirynt podziemnych tuneli
pod Miliczem wywodzi się aż z dwóch źródeł. Pierwszym z nich były
potrzeby obronne średniowiecznego miasta Milicza, oraz jego warownego
zamku. Potrzeby te opisałem już powyżej. Istnieją jednak pod Miliczem
i inne tunele, jakie wcale nie wywodzą się z okresu średniowiecza.
Do oryginalnych bowiem tuneli zbudowanych w średniowieczu przez
gospodarzy warownego zamku milickiego, w terminie późniejszym dodane
zostały dodatkowe tunele podziemne zbudowane przez rodzinę margrabiów
- posiadaczy pałacu w Miliczu. Faktycznie to rodzina margrabiów Maltzanów
lubowała się w budowaniu nowych i remontowaniu starych tuneli podziemnych
pod Miliczem. Budowali oni i remontowali tunele jakie wiodły od ich
pałacu w praktycznie wszystkich kierunkach. Ostatni z takich nowych
tuneli zbudowany został już na początku 20 wieku. Wiódł on od grobowca
margrabiego do jego pałacu (tunel ten opisany jest w punkcie #7 poniżej).
Z co bardziej sławnych tuneli podziemnych budowanych przez rodzinę
Maltzanów, najpowszechniej znane były cztery. Ten zbudowany najpóźniej
z nich, wiódł od ich pałacu do grobowca margrabiego (ruiny tego grobowca
pokazane są na fotografii 7). Inny wiódł od ich pałacu do kościoła
ewangelickiego pokazanego na fotografii 29. Jeszcze inny wiódł
od pałacu do folwarku w Stawcu (wyjście z owego tunelu ciągle istniało
w latach 1958 i 1959, kiedy uczęszczałem do klasy szóstej i siódmej
szkoły podstawowej w Stawcu - znajdowało się ono w pobliżu tamtejszego
ujęcia wody pitnej dla pałacu w Miliczu). Kolejny tunel wiódł od pałacu
do podziemi zamczyska milickiego, gdzie łączył się z systemem
średniowiecznych tuneli jakie od dawna istniały pod owym zamczyskiem.
Jeden z bardziej znanych
z średniowiecznych tuneli podziemnych wiodących z zamku warownego
w Miliczu miał swój
wylot w lasach niedaleko Cieszkowa. Dzisiejszy wygląd tego wylotu
pokazałem na zdjęciu 5a obok. Inny taki tunel podziemny wiódł od
zamku warownego w Miliczu do milickiej starówki. Pod samą starówką
milicką tunel ten rozgałęział się na cały szereg tuneli. Kilka z
tych tuneli zaraz po wojnie ciągle posiadało otwarte wyjścia
prowadzące do piwnic milickich kamieniczek. Potem jednak wyjścia
te zostały zamurowane. Jeden z owych tuneli wiódł do piwnic milickiego
ratusza i ciągle był dostępny na początku lat 50-tych, zanim ruiny
owego ratusza zostały uprzątnięte zaś wejścia do jego głębokich
piwnic zostały zawalone i przykryte ziemią. Tunele te łączyły też
ze sobą podziemia wszystkich trzech kościołów milickich (patrz
opisy z punktu #29).
Fakt że pod
Miliczem istnieje cały labirynt podziemnych tuneli, kryje w sobie
niewykorzystany potencjał dla tego miasteczka. Tunele te wszakże
można otworzyć, wzmocnić, oświetlić, oraz udostępnić dla turystów
jako miejscową atrakcję turystyczną. Wszakże w podobny sposób
swoje podziemne tunele udostępniło turystom miasteczko Kłodzko.
W roku 2004 tunele pod Kłodzkiem dostarczały w ten sposób
stałego zatrudnienia i źródła dochodu dla co najmniej 10 osób.
Milicz ciągle nie rozważył możliwości otwarcia dla turystów
swoich tuneli. Jeśli jednak to uczyni, z całą pewnością te
średniowieczne tunele i ich szokujące tajemnice staną się
istotną atrakcją Milicza i dostarczą stałego źródła utrzymania
dla co najmniej kilku osób.
W średniowieczu
jedna z popularniejszych metod uśmiercania polegała na
zamurowywaniu żywcem lub wrzucaniu żywych ludzi do
bezokiennej wieży w której jedyny istniejący otwór znajdował
się w suficie. Najlepszym przykładem takiej wieży w której
zginęło dosłownie setki ludzi, jest słynna "wieża głodowa"
w Paczkowie - patrz "Fot. 6b". (Paczków jest małym
\miasteczkiem w południowej Polsce, położonym kilkadziesiąt
kilometrów na południe od Wrocławia.) Owa średniowieczna
wieża z Paczkowa pozostawała zamurowana do około lat
1950-tych, kiedy to miejscowe władze miejskie postanowiły
przebić ją aby poprowadzic przez nią chodnik. (Chodnik
ten, oraz wmurowaną w ową wieżę jakby bramę przez którą
chodnik ten poprowadzono, widoczne są na "Fot. 6b". Po przebiciu
okazało się, że całą objętość tej wieży zajmowała bezokienna
komora z maleńkim włazem w suficie. Komorę tą zaś
zapełniały dosłownie setki ludzkich szkieletów zalegających
ją na wysokość kilku metrów. Okazało się, że średniowieczne
władze Paczkowa wrzucały do tej wieży przez owo jedyne
okienko w suficie każdego kto im jakoś podpadł. Po wrzuceniu
zaś do wieży ludzie ci po prostu umierali z głodu, pragnienia
i braku światła. Oczywiście, inne średniowieczne miasta wcale
nie były lepsze. Przykładowo, w podziemiach miasta Kłodzka
wyeksponowana jest zwiedzającym cela więzienna z
kościotrupem. W celi tej uwięziono kogoś, poczym
"zapomniano" go karmić czy uwolnić.
Cele podobne
do tej z katedry w Kwidzyniu, "wieży głodowej" w Paczkowie,
czy z podziemi w Klodzku, czyli cele przeznaczone dla
grzebania czy zamurowywania ludzi żywcem, istniały
również w podziemiach warownego zamku w Miliczu,
oraz w podziemiach średniowiecznego Milicza. Tyle tylko,
że ludzie którzy w nich umierali nie zwrócili niczym na
siebie uwagi społeczeństwa. Dlatego obecnie nikt nie wie
o ich losie.
Fot. 6(a): Cela w której zamurowana została żywcem
Błogosławiona Dorota z Mątowów (1347-1394). Sfotografowana w
czerwcu 2004 roku. (Oczywiście, obecne sprzęty zawarte w tej celi
nie istniały tam w czasach zamurowania. W celach używanych do
zamurowywania żywcem, zwykle nic nie było poza uwiezioną w nich
osobą, oraz poza żelaznymi uchwytami w ścianach do przykuwania
kajdanów.) Pokazana powyżej cela znajduje się w Katedrze w
Kwidzyniu. Jedynym przewinieniem Błogosławionej Doroty było, że
pokazywali się jej UFOnauci, zaś ona raportowala władzom te swoje
spotkania z nieziemskimi istotami. W dzisiejszych czasach zamiast
być zamurowaną żywcem, raczej pisałaby ona książki o spotkaniach
z UFOnautami i o wizytach na planetach UFOnautów.
Fot. 6(b): Tzw. "wieża głodowa" z Paczkowa na południu
Polski. To właśnie do tej wieży średniowieczne władze Paczkowa
wrzucały ludzi którzy jakoś im podpadli. Wieża ta nie miała wogóle
okien, poza małym wrzutem o rozmiarach człowieka umieczonym
w środku jej sufitu. Stąd każdy skazaniec wrzucony do niej szybko
umierał z braku wody, jedzenia i światła. Kiedy w latach 1950-tych
przebito się do tej wieży aby poprowadzić przez nią chodnik widniejący
na powyższym zdjęciu, zalegały ją setki szkieletów ludzi wrzuconych
kiedyś do niej aby w niej umarli. W tym miejscu warto sobie uświadomić,
że ludzie zapewne nie popełnialiby tego typu zbrodni, gdyby Ziemia
nie znajdowała się w mocy szatańskich UFOnautów, którzy bez
ustanku napuszczają jednych ludzi na drugich.
Fot. 7: Resztki grobowca margrabiego Maltzan'a
które zachowały się pod Miliczem. Zdjęcie wykonane w lipcu
2004 roku. To właśnie z tego grobowca wiodło kiedyś połączenie
podziemnymi tunelami z pałacem margrabiów w Miliczu. Tunel
ów zapewne istnieje do dzisiaj, chociaż wejście do niego jest już
zawalone.
Moja matka często
opowiadała mi o pogrzebie margrabiego milickiego, który to
pogrzeb miał miejsce w czasach jej młodości. (Jak sobie
oszacowałem, zapewne gdzieś około roku 1920.) Pogrzeb
odbył się z ogromną pompą. Uczestniczyły w nim delegacje
z praktycznie wszystkich folwarków margrabiego, w tym moja
matka i jej rodzice. Margrabia był bowiem właścicielem dokładnie
99 folwarków rozsianych naokoło Milicza i Żmigrodu. Liczba ta
posiadała swoje uzasadnienie nie w jego zamożności, a w polityce.
Zgodnie bowiem z ówczesnym prawem pruskim, ten kto posiadał
100 folwarków, lub więcej, zobowiązany był do wystawienia i
utrzymania na własny koszt całego pułku wojska na służbę
władcy Prus. Posiadanie więc "tylko" 99 folwarków stanowiło
ówczesny sposób unikania dodatkowych podatków na rzecz
władcy.
Margrabia
milicki pochowany został w grobowcu który sobie
sam z góry przygotował. Ciekawostką tego grobowca
było, że wiódł od niego podziemny tunel wprost do
pałacu margrabiego. Jak mówiono, margrabia nawet
po śmierci chciał nadzorować własny pałac. Od
pałacu do grobowca prowadziła aleja wysadzona
dębami, wiodąca przez park pałacowy. Jednak
sam grobowiec nie znajdował się w obrębie parku,
a poza szosą wiodącą z Milicza do Sułowa. Dęby
rosły przy owej alei jeszcze w czasach kiedy
uczęszczałem do liceum - zaś sam grobowiec
ciągle znajdował się wówczas w relatywnie dobrym
stanie, aczkolwiek był już pusty. Jednak kiedy
w 2004 roku ponownie odwiedziłem ten grobowiec
aby wykonać zdjęcie 7, dęby już były powycinane,
zaś po samym grobowcu zostały już tylko ruiny.
Począwszy od XIII wieku, zarządcy i właściciele Milicza
zamieszkiwali w warownym zamku milickim opisanym powyżej. Jednak zamek ten zlokalizowany był
w miejscu o złym feng shui (patrz jeden z punktów poniżej). Bez przerwy więc płonął
lub był burzony. Dlatego po kolejnym pożarze w 1797 roku, kiedy zamek ten ponownie częściowo
spłonął, ówcześni właściciele zamku postanowili już go nie odbudowywać, a raczej przenieść
swoją siedzibę do pobliskiego miejsca o znacznie lepszym "feng shui". Wybudowali więc sobie
pałac zaledwie kilkaset metrów od zamku. Pałac ten miał dobre "feng shui" i opierał się z
powodzeniem historycznym burzom. Istnieje on do dzisiaj w swoim oryginalnym miejscu,
Jego zdjęcie pokazane jest obok - patrz fotka 8.
Milicki pałac margrabiów zbudowany jest w stylu
klasycystycznym. Położony on jest w środku ogromnego parku o powierzchni 48 hektarów,
przed drugą wojną światową słynącego na całą Europę ze wspaniałych rododendronów i azalii.
Park ten kiedyś cały otoczony był wysokim murem i płotem. Od miasteczka Milicz do pałacu
wjeżdżało się przez dwie bramy.
Pierwsza z tych bram stała tuż za ostatnimi budynkami miasta, czyli na miejscu w którym
kiedyś znajdowała się zachodnia brama wejściowa przez mury obronne Milicza.
Druga z bram do pałacu była ozdobną bramą wzjazdową, zbudowaną w 1844 roku
według projektu Leonarda Schatzela. Jako budulca dla owej bramy użyto materiału
(tj. tzw. "rudy darniowej") pozyskanego z ostatniego fragmentu średniowiecznych
murów obronnych jaki zachował się w Miliczu aż do owego czasu. Faktycznie więc
owa brama symbolizowała sobą rozebrane wówczas mury Milicza. Co ciekawsze,
wierzchołek tej bramy wieńczyła ogromna rzeźba lwa, której oryginał znajdował
się kiedyś na wierzchołku ufortfikowanej bramy wrocławskiej w murach milicza
(tj. bramy z towarzyszącą jej wieżą, która znajdowała się przy dzisiejszym mostku
przez "Młynówkę" - na południowym wylocie ulicy ze starówki Milicza. Jednak
około lat 1980-tych nawet ta brama została rozebrana. Pozostał po niej do dzisiaj
jedynie niewielki cokół, na jakim ciągle stoi owa stara rzeźba lwa. Cokół ten to
wszystko co do dzisiaj pozostało po oryginalnych murach obronnych Milicza
(patrz też fotografia 27b). Jego fotografię wykonaną w lipcu 2004 roku zobaczyć
można na rysunku "Fot. 4" ze strony internetowej o podmilickiej wsi
Wszewilki.
Milicki pałac margrabiów gościł
w sobie wiele znakomitości. Przykładowo wiadomo, że w 1813 roku w pałacu tym
przebywał car Aleksander I.
Fot. 8: Pałac margabiów w Miliczu. Zdjęcie z lipca 2004 roku.
Obecnie ma w nim siedzibę Zespół Szkół Przyrodniczych. W jego prawym
skrzydle, kiedyś przeznaczonym dla służby pałacowej (niewidocznym na
tym zdjęciu), znajduje się milicka Izba Regionalna, czyli miniaturowe
muzeum Milicza opisane w punkcie #9 poniżej. To właśnie do tego pałacu
wiódł podziemny tunel z grobowca margrabiego pokazanego na zdjęciu 7.
Fot. 9: Historia początków Kasztelanii Milickiej,
opisana na bannerze w Izbie Regionalnej Milicza. Zdjęcie z lipca 2004 roku.
Milicka Izba Regionalna
zlokalizowana jest w prawym skrzydle byłego pałacu Maltzanów, w którym
w 2004 roku siedzibę miał Zespól Szkół Przyrodniczych.
W lipcu 2004 roku, owa Izba
Regionalna w Miliczu otwarta była w każdą środę, czwartek i piątek, w godzinach
od 8 rano do 12:30. Wstęp był bezpłatny.
* * *
Milicz desperacko potrzebuje własnego
muzeum (takiego z prawdziwego zdarzenia) oraz własnej informacji turystycznej.
(Jest przy tym istotne aby obie te instytucje umiejscowione były w jednym
i tym samym budunku zlokalizowanym w pobliżu centrum miasta.)
Wszakże muzeum zaopatrywałoby mieszkanców Milicza w poczucie
przynależności i indywidualności. Z moich obserwacji w podróżach
po świecie wynika, że mieszkańcy miejscowości jakie posiadają
własne i dobrze zaopatrzone muzea, zawsze są bardziej samoświadomi,
bardziej związani uczuciowo, oraz bardziej dumni ze swojego miasta,
niż mieszkańcy miejscowości bez muzeów. Pozatym przybyszom takie
muzeum oferowałoby szybkie i ilustratywne poznanie historycznych korzeni
tego miasta. Z kolei informacja turystyczna powiadamiałaby przybyszy
co interesującego można zobaczyć w Miliczu i okolicy, organizowalaby
im noclegi, wyżywienie i wycieczki, wskazywalaby środki transportu, itp.
Z pośród wielu modeli na
jakich takie milickie muzeum z prawdziwego zdarzenia mogłoby być
oparte, moim zdaniem najlepszy byłby model nowozelandzki. W modelu
tym muzeum oferuje wszystkim wstęp wolny od opłat (tj. nie stosuje
biletów), a ponadto oferuje liczne aktywne atrakcje jakie bawią i
uczą (np. przeżycie jak się czuje podczas trzęsienia ziemi, w
kopalni, we wnętrzu lodowca, czy we wnętrzu ziemi, historyczne
lub naukowe pokazy, próbki pod mikroskopami i urządzenia testowe
dostepne dla zwiedzających, itp.).
Oferuje też nieodplatne usługi, w rodzaju informacji historycznej
i turystycznej, pokazów, odczytów, wykładów, biblioteki, itp. Pieniądze
zaś na utrzymanie muzeum zarabiane są NIE poprzez bilety,
a otrzymywane z dotacji lokalnych władz, a także uzyskiwane poprzez
zlokalizowaną w muzeum restaurację, sklep z pamiątkami, oraz
odpłatne imprezy rozrywkowe jakie organizowane są w wydzielonych
pomieszczeniach muzeum (tj. restauracja, sklep, oraz owe imprezy
płacą muzeum za wynajęcie pomieszczenia i za prawo do otwarcia
w obrębie muzeum). Stąd muzea w Nowej Zelandii są
zawsze pełne, bowiem zarówno mieszkańcy miasta, jak i przybysze
wiedzą, że mogą tam się wybrać aby miło i tanio spędzić wolne
chwile. Każdy więc idzie do muzeum kiedy tylko ma chwilę wolnego
czasu. Z kolei sklepiki i restauracje w tych muzeach zawsze
mają doskonały business, generując więcej funduszy niż generowałyby
ich bilety wstępu. Z kolei miejscowe władze nigdy nie żałują tam pieniędzy
na dotacje dla swoich muzeów, bowiem wiedzą, że muzea te przyciągają
turystów do ich miejscowości. Wszakże jeśli w danej miejscowości
jest dobrze zaopatrzone i warte oglądnięcia muzeum, wówczas przejezdni
zatrzymają się w tym mieście na noc, dostarczając klientów miejscowym
hotelom, sklepom, restauracjom, oraz przedsiębiorstwom usług turystycznych.
Tam zaś gdzie brak jest muzeów, nikt z przejezdnych nawet się nie
zatrzymuje, bo i po co.
Milicz posiada zaczątki własnego muzeum.
Jest ono maleńkie, narazie posiada raczej niewiele eksponatów, otwarte jest
w ograniczonych godzinach, jednak stanowi już zaczątek tego, co miejmy nadzieję
w przyszłości przekształci się w tak potrzebne Miliczowi prawdziwe muzeum.
Aby uniknąć klopotów spowodowanych ograniczeniami biurokratycznymi nakładanymi
na prawdziwe muzeum, swoje miniaturowe muzeum Milicz nazywa Izbą Regionalną.
Moje brawa dla Milicza za tą ogromnie potrzebną inicjatywę.
W tym miejscu
powinienem przypomnieć, że w latach 1953-1958, Milicz ciągle
posiadał dosyć wspaniałe niby-muzeum, którego eksponaty
znacznie przewyższały sobą jakość tego, co póżniej oglądałem
w wielu muzeach z prawdziwego zdarzenia, oraz tego co dzisiaj
oferuje milicka Izba Regionalna. Nie jest mi jednak wiadomo,
czy coś z niego przetrwało do dzisiaj. To stare niby-muzeum
milickie nie posiadało własnego lokalu, a mieściło się w gablotach
którymi obstawione były ściany w każdym korytarzu ówczesnej
Szkoły Podtawowej Nr 1. (Sporo eksponatów, szczególnie stare
mapy, plansze, globusy, oraz przyrządy astronomiczne, trzymane
były też wówczas w przystrychowym pokoiku składowym owej szkoły,
który mieścił się na końcu schodów po zachodniej stronie szkoły.
Niestety, w 1957 roku pokoik ów zamieniono na klasę, w której
między innymi uczyłem się i ja. Nasze ławki otoczone wówczas
były bezcennymi, bo historycznymi globusami, mapami, planszami,
przyrządami astronomicznymi, które obecnie stanowiłyby perły
każdego muzeum. Szczególnie utkwiła mi w pamięci do dzisiaj
stara plansza przedstawiająca atak jakiegoś plemienia pigmejów,
na inne plemię którego "długi dom" znajdował się w konarach
ogromnego drzewa tropikalnego.) W owych gablotach Szkoły
Podstawowej Nr 1 mieściły się setki najróżniejszych muzealnych
eksponatów, które w czasach międzywojennych oraz w 19 wieku
zapewne używane były jako pomoce dla nauki, jednak które po
drugiej wojnie światowej posiadały już tylko wartość muzealną.
Najwięcej wśród nich było najróżniejszego starego sprzętu optycznego,
starych astronomicznych przyrządów obserwacyjnych, a także
najróżniejszych maszyn elektrycznych i mechanicznych. Doskonale
wyposażone też były gabloty mineralogiczne i przyrodnicze.
Przykładowo z okazów mineralogicznych pamiętam fragmenty
lawy wulkanicznej, której w Polsce się nie uświadczy i którą w
naturze widziałem dopiero w Nowej Zelandii. Doskonała też była
kolekcja mineralogiczna z naturalnymi kryształami o różnym
pochodzeniu genologicznym i odmiennych kolorach. Było też
sporo skamienielin - np. pamiętam że widziałem tam sporo
skamieniałych żyjątek wyglądających jak duże ślimaki z
kamienia (zapewne znajdowane one były lokalnie gdzieś
w okolicach Milicza). Z kolei w gablotach przyrodniczych
znajdowały się najróżniejsze ciekawe okazy skorupek i
owocników, szkieleciki, zakonserwowane i wypchane
stworzenia (np. węże) i fragmenty ich organów, fragmenty
rafy koralowej, dziwne muszle, kolekcje motyli i ciem, itp.
Doskonale
do dzisiaj pamiętam, że w czasach szkolnych oglądanie
owych eksponatów stanowiło dla mnie ulubioną rozrywkę
podczas przerw szkolnych przy deszczowej pogodzie. Nie
tylko ono uczyło i ilustrowało, ale też doskonale pobudzało
wyobraźnię i nakłaniało do marzeń. Przykładowo to właśnie
tam widziałem po raz pierwszy w życiu skorupkę z orzecha
kokosowego. (W czasach gdy ja chodziłem do szkoły
podstawowej, kokosa w Polsce to nikt nawet na lekarstwo
nie uświadczył. Opowiadania więc że gdzieś w dalekim
świecie istnieje orzech wyglądający jak laskowy, jednak
mający wielkość głowy ludzkiej, potrafiły naprawdę pobudzić
wyobraźnię.) Skorupka ta zainspirowała u mnie marzenia
o czasach kiedy będę podróżował po dalekich tropikalnych
wyspach, gdzie takie kokosy rosną, objadając się nimi do
woli. (Wyobrażałem sobie wówczas, że orzechy kokosowe
są jedynie większą wersją dobrze mi znanych orzechów
laskowych, oraz że utrzymują one doskonały smak rodzimej
leszczyny.) Marzenie to potem częściowo się wypełniło,
bowiem faktycznie często podróżuję po tropikalnych wyspach
gdzie rosną kokosy. Często też zapijam się wodą z młodych
orzechów kokosowych, którą bardzo lubię. Jednak nie
jem miąszu kokosowego, bo jakoś mi nie smakuje. (Wolę
objadać się naszymi orzeszkami laskowymi, lub owocem
malezyjskiego "Duriana", który to Durian jest oficjalnie
uważany za najsmaczniejszy owoc świata - po szczegóły
patrz strona internetowa o
owocach tropiku.)
Powszechne małżeństwa
z miłości to wynalazek końca 20-wieku. W dawnych czasach ludzie
nie pobierali się z miłości - w większości przypadków małżeństwa
były dla nich aranżowane. Ciągle zresztą pozostają one aranżowane
w wielu krajach dzisiejszego świata, przykładowo w Indiach, a także
w krajach otaczających Indie takich jak Pakistan, Bangla Desh, czy
Sri Lanka. W danych czasach szczególnie zakorzenione było
aranżowanie małżeństw wśród ludzi bogatych. Wszakże chodziło
o to, aby ich partnerzy w małżeństwie posiadali podobnie wysoki majątek.
Oczywiście, fakt że
owe aranżowane małżeństwa pozbawione były miłości, w połączeniu
z faktem że zamieszkiwały one w pałacach lub zamkach w których
mężczyzna był zwykle władcą absolutnym, prowadziły do
najróżniejszych psychoz, anomalii, wypaczeń i zwyrodnień.
To właśnie z niego bierze się przykładowo "studnia niewiernych żon"
z zamku Czocha na południu Polski, opisana na stronie 70 w artykule
[LOT-1] referowanym w punkcie #4 powyżej. W studni tej
właściciele zamku zwykli byli topić swoje żony, jeśli padło na nie
posądzenie, że są one niewierne. Ostatnią żonę utopiono tam w
1792 roku. To z tej właśnie tradycji wywodzi się król angielski,
Henryk VIII, którego najważniejszym wkładem do histori było
zamordowanie całego szeregu swoich żon. Echa owego barbarzyńskiego
traktowania żon zawarte są takze w klasycznej literaturze polskiej.
Przykładowo, każdy zapewne zna klasyczny wierszyk Adama
Mickiewicza "Golono, Strzyżono", który w żartobliwy sposób opisuje
jak małoznacząca sprzeczka małżeńska usiłująca ustalić czy
ich psa strzyżono czy golono, doprowadziła do tego,
że mąż w końcu utopił swoją żonę w stawie (a owa uparta żona
nawet wówczas "Wytknęła tylko dwa palce, I na odpowiedź palcami,
Jakby dwiema nożycami, Mężowi pod nosem strzyże."). To właśnie
stąd się bierze popularny obecnie w Polsce idiom "strzyżone - golone"
dla oznaczenia wszelkich bezsensownych sporów. Niektórzy ludzie
wierzą, że to także z owego poematu bierze się słynny międzynarodowy
znak "zwycięstwa za wszelką cenę" pokazywany poprzez podniesienie
do góry dwóch palców otwartych jak nożyczki imitowane przez ową
topioną (upartą) polską żonę. Tego typu postępowanie było "normalką"
w dawnych czasach. Oczywiście, niekochane żony owych czasów
odpłacały "pięknym za nadobne". Kiedy tylko wyczuwały, że ich
mężowie zaczynają przemyśliwać o jakiejś wymówce aby je zgładzić,
starały się uprzedzić tych mężów i zgładzały ich pierwsze. Najczęściej
używały w tym celu trucizny. Tajemnice umiejętnego trucia były w
owych czasach przekazywane z matki na córkę i cenione jako
najważniejsza wiedza życiowa. To właśnie stąd bierze się makabryczna
tradycja królowych trucicielek, z których najbardziej sławna prawdopodobnie
jest Włoszka, Lucrezia Borgia. Także polska królowa Bona Sforza (1494 - 1557),
żona Zygmunta Starego, znana była z kultywowania tych trucicielskich
tradycji. Oczywiście, jeśli owe żony odnosiły sukces w wytruciu swoich
mężów, wówczas to one stawały się absolutne władczynie swoich zamków.
Pałac milicki także
posiada szczególny trybut dla owych "niekochanych żon". Jest nim
pokazana na zdjęciu 10 obok rzeźba "milczącego wielbiciela", który
od dziesięcioleci wpatruje się w okna sypialni "pani" tego pałacu.
Ów spiżowy wielbiciel, który był "tylko" dziełem sztuki, stąd za
posiadanie którego małżonki nie były topione ani rzucane lwom
na pożarcie, był namiastką i substytutem prawdziwego wielbiciela,
prawa do posiadania którego owe nieszczęsne bogaczki były całkowicie
pozbawione.
Fot. 10: Rzeźba "milczącego wielbiciela" wpatrującego
się w okna sypialni "pani" pałacu margrabiów w Miliczu. Małżeństwa
dla tak wysoko urodzonych były wówczas aranżowane przez rodziców.
Pozbawione miłości bogate "panie" domu zadowalały się więc choćby
znieruchomiałymi posągami wpatrującymi się w okna ich sypialni.
* * *
Chociaż właściciele pałacu
w Miliczu starali się utrzymywać w tajemnicy swoje problemy rodzinne,
wcale to nie oznacza, że problemy te tam nie istniały. Wszakże problemy
te wynikały z epoki w której ci ludzie żyli oraz z warunków w jakich oni
mieszkali. (Przykładowo, wynikały one m.in. z faktu że ówcześni męscy
mieszkańcy pałaców mieli do wyboru wszystkie te urodziwe dziewki
służebne oraz młode chłopki z podległych im folwarków do których
czasami mieli nawet tzw. "prawo pierwszej nocy". Nie bardzo więc
ciągle im starczało energii i cierpliwości, aby zadbać o dobre
samopoczucie i szczęście swoich własnych sfrustrowanych żon.)
Podobnie więc jak w każdym innym pałacu z tamtej epoki,
również i za oknami tego pałacu (szczególnie zaś za oknem w które
wpatruje się ów "milczący wielbiciel") miało miejsce sporo niekochania,
samotności, nienawiści, cierpień, intryg, otruć, śmierci, pokuty, itp.
Podobnie też jak każdy inny stary pałac, również i ten pałac jest pełen
duchów niekochanych lub odtrąconych żon, otrutych mężów,
zamordowanych kochanków, itp.
* * *
Odnotuj ducha,
widocznego w oknie sypialni w które wpatruje się ów "milczący
wielbiciel". Powyższe zdjęcie utrwaliło w owym oknie jakąś białą
postać wyglądającą na zewnątrz z wyraźnym zainteresowaniem.
Postać tą dosyć dobrze widać, jeśli zdjęcie to się powiększy
poprzez kliknięcie na nim myszą. (Warto tutaj wspomnieć, że
w chwili fotografowania tego pałacu w wakacyjną niedzielę 4 lipca
2004 roku, nie było w nim nikogo. Ponadto, gdyby tlumaczyć tą
postać jako "odbicie", wówczas na przekór ujęcia na tym samym
zdjęciu również i kilku dalszych okien, w żadnym z nich nie jest
widoczne jakiekolwiek "odbicie".) Czyżby więc był to słynny duch
margrabiego, o którym się mówi że "nadzoruje on pałac" wraz z
cennościami ciągle ukrytymi w jego podziemiach. A może to
duch którejś z nieszczęśliwych "pań" tego pałacu, które podczas
życia sypiały właśnie poza oknami tej właśnie komnaty.
Fot. 11: Tzw. "Szwedzka Górka" pod Sułowem.
W jej pobliżu miała miejsce duża bitwa pomiędzy wojskami
szweckimi i polskimi. Obecnie niedaleko ówczesnego pola
bitwy, na poboczu przebiegającej w pobliżu szosy z Sułowa
do Milicza, postawiony jest krzyż i wymurowana tablica
pamiątkowa - patrz powyższe zdjęcie.
Okolice Milicza były miejscami
kilku znaczących bitew w historii Polski i tych ziem. Największe z tych bitew
miały miejsce w "Szwedzkiej Górce" pod Sułowem, a także w lasku "Konfederacji
Barskiej" pod Cieszkowem. Ciekawostką owych podmilickich pól bitewnych
jest, że faktycznie to nie były one jeszcze dokładnie przebadane przez
archeologów. Stąd zapewne do dzisiaj kryją one w sobie resztki starych
broni oraz pozostałości bitewnego hardware.
* * *
Istotna ciekawostka jaka rzuca
się w oczy w polach bitewnych okolic Milicza, to że z jakichś obecnie ciągle
jeszcze nie znanych nam dokładnie powodów, na ziemi istnieją obszary
które zdają się "przyciągać" do siebie "złe" zdarzenia. W okolicach Milicza
jeden z takich obszarów leży koło Sułowa. W niewielkiej odległości od
siebie miały tam bowiem miejsce aż dwie duże bitwy (tj. w/w bitwa ze
Szwedami, oraz nieco dawniej bitwa z Mongołami). Niedaleko też od
nich znajdował się Hitlerowski obóz koncentracyjny.
Istnienie owych "złych" miejsc
zaobserwować można nie tylko na przykładzie Sułowa. Kiedyś oglądałem angielski
program telewizyjny o Aleksandrze Wielkim. W programie tym historycy także
ilustrowali szokujące odkrycie, że niektóre obszary na Bliskim Wschodzie
były polami aż wielu bitew w różnych okresach czasu, podczas gdy niemal
identyczne do nich obszary leżące w ich pobliżu nigdy nie były polem bitewnym.
Podobnie w Nowej Zelandii istnieją miejsca na prostych jak strzała i
doskonale utrzymanych drogach, w których występują zgrupowania białych
krzyży. (Krzyże te oznaczają miejsca gdzie ktoś umarł w wypadku drogowym.)
Jeśli zaś istnieje gdzieś takie złe miejsce na prostej i dobrej drodze,
wówczas co jakiś czas zdarza się na nim śmiertelny wypadek. Ja osobiście
położenia takich "złych" miejsc wyjaśniam fluktuacjami pola grawitacyjnego,
co dokładniej opisałem w podrozdziale I4.4 z tomu 5 monografii [1/4].
Z kolei Chińska wiedza o "feng shui" po prostu twierdzi o nich, że
miejsca te mają "złe feng shui". Przykładowo takim "złym feng shui"
cechuje się też miejsce na którym zbudowany był warowny zamek milicki
opisany w punkcie #8 powyżej. Zamek ten bowiem bez przerwy albo się
palił albo był burzony.
Oczywiście, jak każde
miejsce byłego państwa hitlerowskiego, także okolice Milicza posiadały
swoje obozy dla więźniów i filie obozów koncentracyjnych. Najbardziej
znany z tych obozów zlokalizowany był w lasach przy Sułowie. Nawet
do dzisiaj można tam znaleźć pozostałości obozowych budynków.
Niestety, nie jest mi wiadomo ilu dokładnie więźniów hitlerowcy
uśmiercili w owym obozie, jakich byli oni narodowości,
ani gdzie chowane były zwłoki tych co padli podczas
pracy, a stąd których hitlerowcom nie chciało się
już dowozić do obozowego krematorium.
Fot. 12: Kluczowe składniki każdego obozu
koncentracyjnego, tj.: bocznica kolejowa którą dowożono
więźniów, komora gazowa, oraz kilkumetrowa ścieżka jaka
wiodła od komory gazowej do krematorium. Stały one na
końcu drogi życiowej dla milionów więźniów hitlerowkich
obozów koncentracyjnych. Powyższa komora gazowa
sfotografowana została w czerwcu 2004 roku w obozie
koncentracyjnym "Stutthof" położonym w północnej Polsce.
Na przekór jej rozmiarów mniejszych od łazienek w
niektórych dzisiejszych domach, pracowała ona niemal
bez przerwy, uśmiercając setki tysięcy więźniów tego
obozu masowej zagłady. Ruiny podobnej komory gazowej,
jak również podobnego obozu koncentracyjnego,
do dzisiaj przetrwały w lasach koło Sułowa (ok. 8 km
na zachód od Milicza). Ogarniając ocean tragedii ludzkiej
jaką obozy te zaserwowały naszej cywilizacji chce się
krzyczeć: nigdy więcej! Niestety, pamięć ludzka
jest taka krótka.
Fot. 13: Cmentarz żołnierzy Commonweathu w
Malborku
(po niemiecku zwanym "Marienburg"), w północnej
Polsce. Wymowną, aczkolwiek niewielką część więźniów
hitlerowskich obozów koncentracyjnych stanowili żołnierze
walczący z hitlerowcami, np. lotnicy zestrzeleni nad Niemcami.
Koło Malborka, ci z owych lotników więzionych w słynnym
stalag XXB (tj. podobnym do uwiecznionego w słynnym
filmie "Wielka Ucieczka" - "The Great Escape"), których udało
się zidentyfikowac, mają specjalny cmentarz. Natomiast
miejsca wiecznego spoczynku więźniów obozów z okolic
Milicza nie są obecnie nawet znane.
Z kilku różnych
powodów, ciał niektórych więźniów hitlerowskich obozów
koncentracyjnych nie spalono w krematoriach, a je pochowano.
W ten sposób na terenie Polski istnieje do dzisiaj sporo
cmentarzy żołnierzy Commonwealthu. Mieszkając obecnie
w Nowej Zelandii było dla mnie szokiem stwierdzić, że na
cmentarzach tych leży pochowanych sporo Nowozelandczyków.
Zwykle zginęli oni podczas pilotowania samolotów które
bombardowały tereny zarządzane przez hitlerowców.
* * *
Czy i gdzie w Miliczu
lub jego okolicach znajdują się groby lotników Commonwealthu,
tego mi nie wiadomo. Wiem jedynie że gdzieś w Miliczu pochowanych
jest kilku Rosjan, którzy upieczeni zostali żywcem w pierwszym
czołgu radzieckim jaki wjechał na milicki rynek w końcowych
dniach drugiej wojny światowej. Kiedyś nawet ktoś mi pokazywał
ich grób, jednak do dzisiaj zapomniałem w jakim on leżał miejscu.
Pamiętam jedynie że miejsce to nieco mnie wówczas zdziwiło - nie
pasowało mi ono jakoś na miejsce wiecznego spoczynku żołnierzy
radzieckich.
Jak podaje to niemiecki folklor ludowy,
Hitler miał jakoby być pupilkiem UFOnautów. Jasnowłosy UFOnauci z tzw.
"Rasy Nordyckiej" ukazywali się mu regularnie, dzieląc się z nim pomysłami
w rodzaju jak ma organizować obozy masowej zagłady, co ma uczynić z żydami,
czy że rasa jasnowłosych blondynów jest rasą nadrzędną. Jednocześnie swoimi
skrytymi metodami działania starali się mu dopomagać jak tylko mogli. Podobno
jednym z ich posunięć było sprowadzanie na Niemcy doskonałej pogody w każdym
dniu który Hitler oglosił świętem. To właśnie z owego udoskonalania przez
UFOnautów pogody dla Hitlera miało podobno się wziąść powiedzenie "pogoda
Hitlera" dla opisania niezwykle pięknych dni które zawsze panowały w Niemczech
w dniach hitlerowskich świąt. Podobno Hitler bał się tych UFOnautów jak diabli,
jednak ze strachu przed ich mocami dokładnie wykonywał każde ich polecenie.
Jednocześnie nakazywał swoim służbom specjalnym aby poszukiwali podziemnego
Królestwa Agharti, które - jak kłamliwie UFOnauci go poinformowali,
zamieszkiwane jest przez UFOnautów. Osobiście Hitler też nadzorował rozwój
latających dysków, czyli dyskoidalnych urządzeń latających które imitowały
wehikuły UFOnautów.
Ze stwierdzeń owego folkloru zdaje
się wynikać, że faktycznie wszelkie okropności które hitlerowcy popełniali
na innych narodach, swój prapoczątek mogą brać w szatańskich radach
i podszeptach UFOnautów. Nie powinno nas więc dziwić, że ojcując postępowaniu
Hitlerowców, UFOnauci do dzisiaj ogromnie się interesują dalszymi losami
wszystkiego co Hitlerowcy stworzyli. To by tłumaczyło dlaczego wehikuły UFO
często można obserwować jak lądują na terenach byłych obozów zagłady. To
też by wyjaśniało dlaczego na indywidualnych UFOnautów można się natknąć
we wszelkich hitlerowskich pozostałościach. Więcej informacji na temat
powodów dla których UFOnauci tak są zainteresowani w niszczeniu ludzkości
zawartych zostało na stronie internetowej
UFOnauts.20m.com.
Fot. 14: Jedno z licznych lądowisk UFO jakie
pokrywają obszar obozu koncentracyjnego "Stutthof". Widząc
je, warto zadać sobie pytania co UFOnautów tak tam interesuje.
Otóż, zgodnie z niemieckim folklorem, UFOnauci byli osobistymi
doradcami Hitlera. Z tego powodu UFOnauci do dzisiaj ogromnie
się interesują wszystkim co Hitlerowcy czynili, włączając w to
hitlerowskie obozy koncentracyjne. Powyższe zdjęcie pokazuje
jedno z wielu kolistych lądowisk UFO, które w dniu 29 lipca 2004
roku odkryłem i sfotografowałem na trawie hitlerowskiego obozu
koncentracyjnego Stutthof z północnej Polski. Inne zdjęcie lądowiska
UFO z owego obozu pokazane jest poniżej na fotografii 16.
Najwyraźniej UFOnauci badali długoterminowe konsekwencje
tego obozu. Na powyższym zdjęciu na pierwszym planie wyraznie
widoczny jest fragment okręgu trawy o zmienionym kolorze. Owa
trawa wyznacza obszar wypalony przez pole magnetyczne wehikułu
UFO który zawisał w powietrzu właśnie nad tym miejscem. Ponieważ
wehikuły UFO wiszą w powietrzu zwykle tak ustawione, że ich podloga
jest prostopadła do lokalnego przebiegu linii sił ziemskiego pola
magnetycznego, podłoga tego wehikułu jest nachylona w stosunku
do płaskiej ziemi. Dlatego owa trawa odkolorowana przez pole UFO
ma kształt półkola, a nie pełnego okręgu. Powyżej okręgu owej
odkolorowanej przez pole UFO trawy, na powyższym zdjęciu
widoczne są fundamenty baraku dla więźniów w ostatnim stadium
wyniszczenia. Samego baraku już nie ma, bowiem jego deski
zbutwiały przez wszystkie owe lata które minęły od czasów
drugiej wojny światowej. Z kolei za fundamentami baraku widoczny
jest szereg cementowych słupków ogrodzenia obozu (w czasach
wojny pod napięciem), oraz najniższy fragment wieży wartowniczej
obozu ustawionej już poza owym ogrodzeniem.
* * *
Formowanie takich lądowisk
UFO jest dosyć złożonym procesem. Wynika on z używania silnego
pola magnetycznego dla napędu UFO. Skrótowy opis jak działa
magnetyczny napęd UFO zaprezentowany jest na stronie o
magnokrafcie,
a także w podrozdziale A2 z tomu 1 monografii [1/4]. Z kolei opisy
jak pole magnetyczne UFO formuje lądowiska typu pokazanego na
powyższej fotografii, zaprezentowane są w podrozdziale O5.1 z tomu
12 monografii [1/4]. W końcu cały szereg innych przykładów podobnych
lądowisk UFO pokazany jest na rysunkach O1 do O3 z 2-giej porcji ilustracji do
monografii [1/4],
jaką można oglądnąć na stronach internetowych wylistowanych w Menu 2, np. na stronie:
totalizm.org.pl
* * *
Szokująca jest liczba
lądowisk UFO widocznych na trawie byłych obozow koncentracyjnych.
Najwyraźniej szatańscy UFOnauci lubują się w podziwianiu efektów
swojego diabelskiego działania na Ziemi, oraz w sprawdzaniu na ile
ludzie już zdołali się do nich upodobnić. Więcej danych o diabelskiej
naturze i filozofii UFOnautów zaprezentowanych zostało na stronie
ufonauci.w.interia.pl,
a także w podrozdziale O8.1 monografii [1/4].
Fot. 15: Tak oto w Nowej Zeladii opisywano
grasującego tam gryfa. Był on opisywany jako czarna
pantera - po szczegóły patrz strona internetowa
a.1asphost.com/Tapanui, lub
totalizm.org.pl/newzealand.
Jako rodzaj "kreatury podobnej do dużego czarnego kota"
opisywany był również gryf widywany w angielskiej miejscowości
Bodmin Moor
w latach 1994 do 1996, oraz szeroko potem rozpropagowany
po świecie w słynej reklamie telewizyjnej dla kart kredytowych "Visa".
Faktycznie jednak ja go pamiętam jako wyglądającego jak
mały czarny lew. Taki właśnie potwór - maskotka UFOnautów
zaatakowała mnie na drodze z Guzowic do Nowego Dworu
(tj. na zachód od Cieszkowa, ok. 10 km na północ od Milicza).
Opis owego ataku gryfa zawarty jest w podrozdziale R4.2
z tomu 14 monografii [1/4] udostępnianej nieodpłatnie za
pośrednictwem stron internetowych wyszczególnionych w
Menu 2.
Ponieważ
gryfy widywano w towarzystwie UFOnautów, w dawnych
czasach czczono je niemal religijnie. Dlatego gryfy występują
na wielu herbach gdzie są symbolami władzy. Przykładowo
herb Gdańska zawiera wizerunki dwóch gryfów, których
niestety obecnie ludzie biorą za lwy. W dawnej symbolice
heralgicznej (herbowej) gryfy zawsze przedstawiane były
jako małe lwy stojące na tylnich łapach (często też z
rozdwojonym językiem wystającym z ich jakby ptasiego
pyska). Natomiast lwy przestawiane były jako stojące na
wszystkich czterech łapach.
Kiedy byłem
w ostatniej klasie Liceum Ogólnokształcącego, podczas
jednej z wypraw w okolice Guzowic przy Cieszkowie,
zaatakował mnie gryf. Tamten atak gryfa, jak również
wygląd tego potwora, opisałem dokładnie w podrozdziale
R4.2 z tomu 14 monografii [1/4], której nieodpłatne egzemplarze
dostępne są za pośrednictwem ston internetowych wylistowanych
w Menu 2. Zanim w środku nocy zmuszony byłem
przejechać przez miejsce w którym ów gryf grasował,
byłem wcześniej uprzedzany przez miejscowych, że
potwór ten może tam na mnie czekać. To zaś oznacza,
że ja wcale nie byłem jedynym człowiekiem który
owego gryfa widział. Widzieć go w tamtej okolicy
musiały też i inne osoby, aby ich opowiadania mogły
stać się początkiem lokalnego folkloru na jego temat.
Niezależnie
od powyższej mojej osobistej obserwacji milickiego gryfa,
w czasach młodości słyszałem też kilka opowiadań
o podobnym, a być może nawet tym samym, uskrzydlonym
potworze spotykanym w okolicach tzw. "drugiej tamy" na
Baryczy. Owa druga tama położona była na wschód od
Nowego Zamku. Gryf widywany był przez sporą liczbę
ludzi na bezludnych łąkach jakie kiedyś znajdowały się
w pobliżu owej tamy (w dół rzeki) na prawym brzegu
Baryczy.
Ciekawostką
gryfów jest, że aczkolwiek uważane one są za legendarne
potwory które podobno nie istnieją, faktycznie od czasu do
czasu są one widywane w najróżniejszych częściach świata.
Przykładowo na fotce 15 pokazana jest rekonstrukcja wyglądu
gryfa, który w 2003 roku zaobserwowany był w Nowej Zelandii.
Dokładny opis owego nowozelandzkiego gryfa zawarty jest na
stronach internetowych o Nowej Zelandii wyszczególnionych
w Menu 2, np. na stronie:
newzealand.0me.com.
W dzisiejszych czasach gryfy naczęściej widywane są w Puerto
Rico, gdzie nazywają je chupacabras.
Faktycznie
gryfy to krwiopijne maskotki UFOnautów, przywożone na
Ziemię w statkach UFOnautów i wypuszczane od czasu do
czasu w bezludnych obszarach aby sobie zapolowały.
W sensie swego pochodzenia są one zapewne produktami
"inżynierii genetycznej". Ich anatomia wygląda bowiem jakby
zostały one "poskładane" z genów kilku innych zwierząt,
w tym z genów orła, oraz lwa lub pantery. Mają one bowiem
wygląd małego lwa, jednak posiadają skrzydła i skaczą na
tylnich nogach jak orzeł - tj. oboma nogami równocześnie.
Gryf którego ja napotkałem w okolicach Guzowic pod
Cieszkowem, wyglądał właśnie jak taki mały lew ze skrzydłami.
Był on koloru czarnego, zaś jego ciało posiadało wielkość
i budowę psa rasy "rottweiler" (owa rasa psów w owym
czasie wcale nie była znana w Polsce). Potwór ten zaatakował
mnie, pozostawiając mi na prawej ręce trzy spore rany,
po których blizny istnieją do dzisiaj.
W okolicach
Milicza dokonywane były, oraz ciągle są, liczne obserwacje
UFO. Obserwacje te najczęściej następowały w okolicach
miejsc gdzie znajdowały się tzw. "diabelskie kamienie",
np. w okolicach Zemanowa, lub w okolicach kościółka Św.
Anny pod Karłowem.
Ciekawostką
owych obserwacji UFO jest, że zwykle ich fale pojawiają się
w czasach które poprzedzają nadejście do Milicza określonej
tragedii, np. huraganu, czy powodzi. Wygląda to tak, jakby to
właśnie UFOnauci sprowadzali na ludzi ową tragedię swoją
działalnością. Owa reguła obowiązywała zresztą również w
historii. Przykładowo w średniowieczu tuż przed pojawieniem
się zarazy, widywano UFOnautów - często jak ci coś rozsiewali
nocami ponad zabudowaniami ludzkimi (dzisiaj byśmy powiedzieli,
że UFOnauci rozsiewali zarazki danej choroby zakaźnej).
Jak to zresztą wyjaśnione jest na stronie internetowej
ludobójcy
wszystko wskazuje na to, że to UFOnauci przygotowali ludzkości
obecną zarazę tzw. "ptasiej grypy", a także zarazę "hiszpańskiej
grypy" od której w 1918 roku umarło co najmniej 40 tysięcy ludzi
(tj. więcej niż cała ludność Polski, a także więcej niż zginęło w
pierwszej wojnie światowej). UFOnauci pasjonują się także ludzką
krzywdą. Uwielbiają więc przykładowo parkować swoje wehikuły
UFO na obszarach byłych obozów koncentracyjnych - co przy
tym czynią w owych byłych obozach, tego nie jest nam wiadomo.
W monografii [1/4] pokazany jest też dowód, że UFOnauci
nadzorowali ukrzyżowanie Jezusa (patrz rysunek O7 w
monografii [1/4].
Ponad krzyżem Jezusa zawisały bowiem aż dwa wehikuły UFO,
jakich wizerunki do dzisiaj symbolicznie przypinane są do krzyży
kościoła ortodoksyjnego. Ponownie wygląda więc na to, że to
właśnie UFOnauci swoimi intrygami i hipnotycznymi nakazami
napuścili starożytnych Izraelitów aby ci ukrzyżowali Jezusa,
a potem UFOnauci nadzorowali z pokładu swoich statków czy
ukrzyżowanie to faktycznie zostało zrealizowane. (Odnotuj, że
ów rysunek O7 z monografii [1/4] pokazany jest również na stronach
internetowych
prawa moralne oraz
prawda.)
Fot. 16: Bardzo wyrażne koliste lądowisko
UFO widoczne na trawie przed barakami dla nowoprzybyłych
więźniów w obozie koncentracyjnym Stutthof z północnej
Polski. Porównaj powyższe lądowisko UFO, z innym lądowiskiem
UFO także pochodzącym z obozu koncentracyjnego Stutthof,
a pokazanym na fotografii 14 powyżej. Lądowisko takie
powstaje, kiedy wirujące pole magnetyczne produkowane
w celach napędowych przez pędniki umieszczone naokoło
obrzeża dyskoidalnego UFO, wypala trawę powodując
zmiany jej koloru. Powodem dla którego widoczny jest
tylko fragment okręgu odkolorowanej trawy, a nie pełny
okrąg, jest że UFO z reguły latają z ich podlogą prostopadłą
do linii sił lokalnego pola magnetycznego Ziemi. Stąd
dyskoidalne UFO zwykle leci nachylone względem
płaskiej ziemi, zaś pole magnetyczne tylko z części
jego pędników umieszczonych na obrzeżu wehikułu
dosięga ziemi i powoduje widoczne na zdjęciu wypalenie.
* * *
Odnotuj, że
podobne lądowiska UFO często można spotkać na łąkach
i trawnikach w okolicach Milicza. Milicz jest bowiem miejscem
podwyższonej aktywności wehikułów UFO.
Fot. 17: W centrum najniższej części tego
zdjęcia ujęta została (niestety, niezbyt dobrze tu widoczna)
tzw. "konfesja" z katedry w Gnieźnie. Sfotografowana w lipcu
2004 roku. W bardzo ważnych kościołach chrześcijańskich
taka "konfesja" imituje pędnik centralny UFO. W Polsce
posiada ją katedra w Gnieźnie (pokazana na powyższym
zdjęciu), oraz katedra w Krakowie. Jest ona także obecna
w Bazylice Św. Piotra w Rzymie. W najbardziej centralnej
części co ważniejszych budowli kościelnych, najczęściej
pod ich kopułą centralną, znaleźć można owe tajemnicze
struktury. Na struktury te zwykle składają się prostokątne
obiekty z białego marmuru, otoczone czterema poskręcanymi
kolumnami które podpierają iskrzący się złotem baldachim.
W nomenklaturze kościelnej owe struktury nazywane są
konfesja. Z dzisiejszych badań UFO wiemy jednak,
że całe te struktury faktycznie imitują budowę i wygląd
pędnika głównego UFO. Z kolei ów prostokątny obiekt
wykonywany z białego marmuru i umieszczany w centrum
tych struktur, imituje urządzenie zwane
"komora oscylacyjna",
które stanowi źródło potężnego pola magnetycznego w
każdym pędniku UFO. W pobliżu owych "konfesji" w kościołach
ziemskich zwykle umieszczane są ciała świętych. To zaś
imituje "składownie" albo "przechowalnie" zwłok ludzkich,
które zawsze znajdują się w cylindrach centralnych UFO
dużego typu, tuż obok komory oscylacyjnej ich pędnika
głównego (po szczegóły patrz podrozdzial P6.1 w monografii [1/4]).
Powodem takiego składowania ciał ludzkich w UFO jest,
że pole magnetyczne z pędnika głównego UFO zapobiega
psuciu się tych zwłok.
Jak to wykazują
badania UFO, elementy składowe niemal każdego starego
kościoła na Ziemi zamodelowane są na kształt wnętrza UFO.
Szczególnie dobrze jest to widoczne w starych kościołach,
takich jak np. kościoły istniejące w Miliczu. Jedynie nowoczesne
kościoły budowane w dzisiejszych czasach, stopniowo
odchodzą od tej zasady imitowania wnętrza UFO. Każdy
też szczegół konstrukcji i wyposażenia starych kościołów,
modelowany jest na wzór wyglądu i wyposażenia wehikułów
UFO. Oto wykaz najważniejszych składowych każdego starego
kościoła, jakich wygląd imituje odpowiednie składowe UFO:
1. Ołtarze. Te
imitują urządzenia sterownicze używane do kierowania lotem UFO.
2. Konfesje
(patrz "Fot. 17"). Te imitują pędnik główny UFO.
3. Kolumnady.
Te imitują słupy pola magnetycznego wydzielanego przez pędniki UFO.
4. Chrzcielnice.
Te imitują komory oscylacyjne UFO.
Najwyższe
jednak podobieństwo do UFO wykazuje ogólny kształt
starych kościołów, oraz zagospodarowanie i wygląd ich
wnętrza. I tak większość starych kościołów ma przynajmniej
jedną kopułę, jaka imituje kopułę centralną w konstrukcji UFO.
Wokół obrzeży tych starych kościołów zawsze obiega
też jakaś kolumnada, jaka imituje pierścień kolumn z
pędnikami bocznymi które rzucają się w oczy każdemu
przebywającemu we wnętrzu UFO. Nawet zarysy owych
kulumn zawsze imitują słupy pola magnetycznego
przenikającego przez pędniki boczne UFO. Każdy stary
kosciół miał też wieżę z bulwiastymi wierzchołkami (np.
patrz "Fot. 29"). Te imitują cygara UFO mniejszego
typu doczepione do pędników UFO większego typu.
Więcej informacji na temat podobieństwa starych
kościołów do UFO, znaleźć można w podrozdziale
P6.1 z tomu 13 monografii [1/4].
W
podobny sposób jak czynią to świątynie chrześcijańskie,
UFO jest również imitowane przez meczety muzułmańskie.
Szczególnie to widać w Istambule, gdzie każdy z tamtejszych
meczetów przypomina latający system sprzęgnięty z szeregu
wehikułów UFO.
Zależnie od tzw. "generacji UFO",
jaka z kolei zależy od poziomu zaawansowania technicznego cywilizacji która
zbudowała dany wehikuł UFO, ich tzw. komory oscylacyjne przyjmują
tylko jeden z trzech możliwych kształtów. (Odnotuj, że zgodnie z opisami
z rozdziału C w tomie 2 monografii [1/4], owe "komory oscylacyjne" UFO,
to po prostu najważniejsze urządzenia napędowe owych wehikułów latających.
Dla UFO owe komory oscylacyjne są tym samym co "silniki" są dla dzisiejszych
samochodów.) Wszystkie trzy możliwe kształty komór oscylacyjnych UFO
zilustrowane są na rysunku C3 z
monografii [1/4].
Kształty te to rodzaj słupa równoległościennego o przekroju albo: (1) kwadratowym,
(2) ośmiobocznym, lub (3) szesnastobocznym. W UFO słup ten zawsze też stoi
ze swoją osią centralną umieszczoną pionowo. Stąd owe trzy kształty zawsze
występują w jego przekroju poziomym.
Co najbardziej szokuje w wyposażeniu
wnętrz starych kościołów (w tym kościołów z Milicza), to że wszystko co w nich
zawarte również posiada kształty
które dokładnie odzwierciedlają owe trzy możliwe kształty komór oscylacyjnych UFO.
Stąd w starych kościołach najczęściej wszystko jest równoległościanem o przekroju
ośmiobocznym - jako przykład patrz obiekt pokazany na zdjęciu "Fot. 18" obok.
We wszystkim też ze starych kościołów, ów przekrój zarysowuje się w przekroju
poziomym - czyli w dokładnie tym samym przekroju, co w komorach oscylacyjnych
UFO. Jeśli zaś coś nie jest ośmioboczne, wówczas w poziomie ma to albo przekrój
kwadratowy, albo też szesnastoboczny (lub okrągły - który jest przybliżeniem
szesnastoboku). Natomiast niemal niemożliwe jest znalezienie w starych kościołach
czegokolwiek, co miałoby przekrój np. trójkątny, czy sześcioboczny, na przekór
że właśnie te przekroje są nieporównanie bardziej
łatwe do wykonania narzędziami dawnych mistrzów, niż przekroje ośmioboczne czy
kwadratowe. Ów najbardziej szokujący atrybut starych kościołów jest, że w ich
wnętrzach niemal wszystko imituje generalne kształty komór oscylacyjnych UFO.
Fot. 18: Gigantyczne, tajemnicze, ośmioboczne
urządzenie z kościoła mariackiego w Gdańsku. (Urządzenie
to opisane jest także na kilku innych stronach internetowych, np. na
chi.coms.ph/artefact.htm, lub
chi.maroc.to/artefact.htm.
Sfotografowane w lipcu 2004 roku. Jest ono tak ogromne, że osiem
rzeźb kobiet stojących naokoło jego ośmiobocznej podstawy
posiada wymiary dorosłych ludzi (po kliknięciu na to zdjęcie
czytelnik może porównać wymiary owych ośmiu rzeźb do
wysokości dwóch turystów widocznych na powyższej fotografii
poza rzeźbami). Faktyczne przeznaczenie owego urządzenia
pozostaje prawdziwą tajemnicą. Wszakże jest ono zbyt ogromne
aby wypełniać jakąś praktyczną funkcję, poza pozostaniem
pojemnikiem na święte substancje. Jednak jest ono szokujaco
podobne do tzw. "sejsmografu Zhang Henga" (po angielsku
"Zhang Heng seismograph") - co czytelnik może sobie
uświadomić po porównaniu powyższego zdjęcia "Fot. 18" z
licznymi zdjęciami "sejsmografu Zhang Henga" pokazanymi
na stronie internetowej
chi.coms.ph, lub
chi.maroc.to.
(Odnotuj że ów niezwykły sejsmograf umożliwiał wykrywanie
trzęsień ziemi na długo zanim miały one miejsce, zaś jego
tajemnicze działanie do dzisiaj nie zostało odtworzone w
pracującym urządzeniu). Dla przykładu, powyższe tajemnicze
urządzenie ukazuje nie tylko ośmioboczny kształt swego
głównego korpusu, ale także i ośmioboczną podstawę -
podobnie jak ów sejsmograf Zhang Henga opisywany na
powyższych stronach internetowych. Ponadto, jego wygląd
ogólny oraz kształt jest dziwnie podobne do kształtu oraz
do wyglądu owego sejsmografu Zhang Henga. Jednak
zamiast mylnie doszukiwać się źródla owych podobieństw
w między-kulturowych oraz między-religijnych wpływach,
bardziej racjonalne jest uświadomienie sobie, że oba te
urządzenia mimikują sobą kształt pędników głównych z
wehikułów UFO. Dzieje się tak ponieważ w cetrum takich
pędników UFO drugiej generacji, zawarta jest ośmioboczna
komora oscylacyjna, ogromnie podobna do kształtów
zaprezentowanych na powyższym zdjęciu. Nasze kościoły,
w tym milickie, pełne są dziwnych obiektów, jakich wygląd
imituje właśnie wygląd urządzeń zaobserwowanych na
pokładach UFO przez ludzi uprowadzanych do owych
wehikułów. Po opisy budowy i działania komór oscylacyjnych
UFO, patrz strona na temat tych
komór,
a także patrz tomy 2 i 12 monografii [1/4] (w tym również
rysunek C08 (2s) z monografii [1/4]). Powyższe uświadamia,
że ogromna liczba najróżniejszych ośmiobocznych obiektów
pojawiających się w ludzkiej kulturze, faktycznie to wynika
z imitacji przez dawnych mistrzów kształtów ośmiobocznych
komór oscylacyjnych z UFO.
Ciekawe
czy ktoś się kiedykolwiek zastanawiał, dlaczego w wyposażeniu
chrześcijańskich kościołów, muzułmańskich meczetów,
oraz świątyń innych religii, niemal wszystko imituje kształt
i działanie ośmiobocznych pędników UFO, lub ośmiobocznych
wylotów z pędników UFO, na przekór że faktycznie wszystkie
obiekty z kościoła możnaby zbudować w niezliczonej liczbie
innych kształtów. Odpowiedź na to brzmi, że ludzie uprowadzani
są do UFO od samego początku zasiedlenia Ziemi, zaś
po powrocie na Ziemię mimikują oni w swoich twórczych
produktach fascynujące ich urządzenia jakie widzieli podczas
owych uprowadzeń do UFO. (Czytelnik może znaleźć więcej
na temat UFO na stronach internetowych wyszczególnionych
w "Menu 4", np. na stronie
ufonauci.w.interia.pl).
Fot. 19: Ośmioboczne kolumny podpierające
sufit katedry we Fromborku (tej gdzie pracował Mikołaj
Kopernik). Podobne kolumny są też obecne w innych
starych kościołach zbudowanych przed 15 wiekiem.
Ich ciekawostką jest, że swoim wyglądem imitują one
ośmioboczne kolumny pola magnetycznego odprowadzanego
do otoczenia z pędników UFO drugiej generacji, czyli
UFO używających ośmioboczne komory oscylacyjne
do swego napędu. Warto tutaj odnotować, że w okolicach
np. Malborka, kolumny w niemal wszystkich starych
kościołach mają właśnie przekrój ośmioboczny.
Szokującym
w kształcie kolumn starych kościołów jest, że kulumny te w
przekroju poziomym posiadają jedynie 4 kształty, wszystkie
cztery zaś są imitacjami kształtów kolumn pola magnetycznego
odprowadzanego z pędników UFO. I tak kolumny te mogą
mieć jedynie przekrój kwadratowy, ośmioboczny, szesnastoboczny,
lub okrągły (odnotuj że przekrój okrągły jest po prostu
przybliżeniem przekroju szesnastobocznego). Jak
dotychczas w żadnym kościele na świecie nie spotkałem
kolumn o kształcie przekroju poziomego np. trójkatnym
czy sześciobocznym, na przekór że takie kolumny byłoby
najłatwiej zbudować dawnym mistrzom. (Z punktu
widzenia konstukcji, jest przecież nieporównanie trudniej
wymierzyć i zbudować kolumnę o przekroju ośmiobocznym,
niż np. kolumnę o przekroju sześciobocznym. Wszakże
aby wymierzyć idealny sześciobok, wystarczy na okręgu
odłożyć sześć promieni koła. Natomiast wymierzenie
idealnego ośmioboku wymaga złożonych zabiegów
pomiarowych i zaawansowanej wiedzy geometrycznej.
Musiał więc istnieć bardzo istotny powód dla którego
dawni mistrzowie budowali w kościołach kolumny
ośmioboczne zamiast sześciobocznych. Powodem tym
niemal z całą pewnością były wnętrza wehikułów UFO,
w których uprowadzani do nich ludzie nie mogli zobaczyć
kolumn sześciobocznych, jednak widywali mnóstwo
kolumn ośmiobocznych.)
Ze wszystkich trzech istniejących
kształtów komór oscylacyjnych UFO, ludzie najczęściej uprowadzani są
na pokłady UFO o napędzie telekinetycznym lub na
wehikuły czasu.
Wszakże tylko te dwie najbardziej zaawansowane generacje UFO
mogą stawać się niewidzialne dla wzroku ludzi, a stąd mogą operować
na Ziemi zupełnie niedostrzegalne przez ludzi. Z kolei komory
oscylacyjne tych dwóch generacji UFO posiadają przekrój ośmioboczny
lub porzekrój szesnastoboczny. Nic więc dziwnego, że większość
starych kościołów posiada kolumnadę, jaka właśnie imituje ośmioboczne
lub szesnastoboczne słupy pola magnetycznego, które odprowadzane
jest z takich komór oscylacyjnych. Praktycznie też według moich
obserwacji, niemal każdy kościół zbudowany przed 15 wiekiem
posiada kolumny o przekroju ośmiobocznym. Jako przykład
patrz kolumny z kościoła pokazanego na fotografii 19.
Niewielki kościółek Św. Anny
pod Miliczem słynął kiedyś z wielu cudów. Przykładowo folklor ludowy
stwierdzał, że powtarzalnie ukazują się przy nim święte istoty.
Ponadto obiekty zlokalizowane przy tym kościółku, szczególnie
stary, święty dąb (jaki obecnie już nie istnieje) a także tamtejszy
"anielski kamien" (jaki także zaginął gdzieś w okresie czasu
pomiędzy 1981 a 2004 rokiem), słynne były w okolicy ze swoich
mocy uzdrowicielskich, oraz ze zdolności przywracania płodności.
Jeśli jednak cuda te się dokładniej przeanalizuje, okazuje
się że przynajmniej jakaś ich część może być racjonalnie
wytłumaczona. Duża bowiem proporcja tych cudów to obserwacje UFOnautów
którzy w regularnych odstępach czasu odwiedzali "anielski kamień"
(po niemiecku "Teufelstein") zlokalizowany tuż przy owym kościółku.
Z kolei cudowne uzdrowienia które później miały tam miejsce dają
się wytłumaczyć działaniem energii moralnej jaka zgromadzona
została zarówno przez ów prastary dąb jak i przez ów "anielski
kamień" do których modlili się wierni.
(Działanie tej energii moralnej wytłumaczone jest dokładniej na stronie
internetowej o mieście
Malbork
dostępnej za pośrednictwem "Menu 1".) Natomiast przywracanie płodności
może posiadać związek albo z witalnością i mikroelementami zawartymi
w powietrzu Milicza, albo tez z systematycznym natelekinetyzowywaniem
przez UFO okolicy "anielskiego kamienia". (Wpływ natelekinetyzowania
otoczenia na płodność wyjaśniony jest w podrozdziale NB4 z tomu 11 monografii
[1/4]. Przykładowo w Malezji istnieje naturalnie natelekinetyzowane
miejsce nazywane "Lake of the Pregnant Maiden" - t.j. "Jezioro Ciężarnej
Piękności" , jakie słynie z przywracania płodności - jest ono właśnie
w tym celu odwiedzane przez tłumy turystów.)
Fot. 20: Kościółek Św. Anny w Karłowie pod Miliczem.
W pokazanej powyżej formie został on zbudowany w latach 1807 do 1808 zastępując
ostatnią z szeregu małych drewnianych kapliczek które cyklicznie wznoszone były
w jego miejscu już od czasow średniowiecza. Przy owych kaplicach od najdawniejszych
czasów w ostatnią niedzielę lipca odbywały się doroczne odpusty ku intencji
cudownego objawienia się Św. Anny z Matką Boską i małym Dzieciątkim Jezusem,
widzianych jak siedzieli na gałęziach starego dębu który rósł w owym miejscu.
Powyższa fotografia wykonana została w lipcu 2004 roku. To właśnie w okolicy
tego kościoła w przeszłości miały miejsce liczne cuda, cudowne uzdrowienia,
oraz przywrócenia płodności. Pokazane są drzwi wejściowe do kościółka.
Za kościółkiem rósł kiedyś bardzo stary dąb, na którego konarach zaobserwowane
były owe trzy niezwykłe istoty, jakie dzisiaj byśmy wzięli za trzech UFOnautów,
jednak jakim w średniowieczu nadawano "nadprzyrodzony" charakter.
Dąb ten był później źródłem wielu cudownych uzdrowień. Na prawo od tego kościółka
znajdował się kiedyś "anielski kamień" z dziwnymi wytopieniami jakby technologicznego
pochodzenia. On również z czasam stał się obiektem kultu. Twierdzono o nim kiedyś,
że też jest źródłem uzdrowień, oraz że przywraca płodność. Niestety, pomiędzy 1981
a 2004 rokiem, kamień ten tajemniczo zniknął ze swego poprzedniego miejsca.
Być może, że to ten sam kamień, który obecnie zakopany jest pod krzyżem widocznym
po lewej stronie powyższego zdjęcia, oraz pokazanym w powiększeniu na
zdjęciu "Fot. 22". (Jednak ja osobiście nie byłem w stanie ani go rozpoznać
po wyglądzie zewnętrznym, ani też wykopać z ziemi i sprawdzić czy posiada
on znane mi technologiczne wytopienia. Nie odnotowałem też w jego pobliżu
żadnych lądowisk UFO jakie potwierdzałyby że UFOnauci nadal się nim interesują.)
Fot. 21 (a): Zbliżenie tzw. "diabelskiego kamienia"
z Emilcina koło Opola Lubelskiego. Sfotografowany w 1982 roku. Odnotuj
liczne odbicia błoniastych dłoni UFOnautów oraz ich maleńkich stóp powytapiane
na powierzchni owego kamienia (dawniej odbicia te nazywano śladami "diabelskich
kopyt"). Odnotuj, że także "anielski kamień" spod kościółka Św. Anny w Karłowie
pod Miliczem był podobnej wielkości i kształtu oraz posiadał podobne odbicia.
Powyższy kamień posiada ogromnie niezwykłą historię. To właśnie przy tym
kamieniu rolnik, Ś.p. Jan Wolski, w dniu 10 maja 1978 roku przyłapał dwóch
maleńkich, wyglądających jak diabły UFOnautów, jak coś przy nim manipulowali.
(Rysy twarzy owych diabelsko wyglądających UFOnautów, jak również wygląd
ich wehikułu UFO, pokazane są na rysunku Q1 z monografii [1/4]. Z kolei
rapor